Gdy odchodzi ktoś bliski...

        Śmierć mojej sąsiadki nasunęła mi pewne skojarzenia. Gdy odchodzi od nas ktoś bliski, jest nam bardzo ciężko, płaczemy, załamujemy ręce, zastanawiamy się jak teraz poradzimy sobie bez tej osoby, mamy żal do niej za to, że odeszła, do Boga za to, że ją zabrał, do losu, że jest taki okrutny... tak naprawdę jednak płaczemy nie nad tą osobą, ale nad samymi sobą i nad pustką jaka pozostała w naszym życiu i w naszym sercu. Nasze cierpienie jest egoistyczne i nie ma nic wspólnego z miłością do danej osoby.

        Moja sąsiadka była osobą bardzo chorą, od ponad pół roku cierpiała z powodu kolejnych przerzutów raka. Każdy, kto spotkał się z tą chorobą wie, jak bardzo człowiek wówczas cierpi. Umarła w zeszłym tygodniu... ale czy źle się stało? Czy powinna nadal tu z nami być i dalej cierpieć? Cieszyłam się z jej śmierci. Dziwnie to brzmi, prawda? Ja jednak cieszyłam się bardzo dlatego, że nareszcie udało się jej przejść na drugą stronę, zakończyć pewien etap swojej egzystencji. Jest już o krok dalej na własnej ścieżce do samorealizacji. Nikt z nas nie wie na pewno jak wygląda ta druga strona. W wielu jednak miejscach i w wielu kulturach spotykamy się z jakimś wyobrażeniem na jej temat. Najbliższe mojemu światopoglądowi jest podejście spirytystyczne, według którego, dusza po śmierci spotyka się ze swoim opiekunem i przy jego pomocy usiłuje podsumować swoje życie, to co udało jej się osiągnąć, a czego jeszcze musi się nauczyć. Przejście człowieka w miarę świadomego swojej duchowości jest o tyle łatwiejsze, że spodziewa się czegokolwiek... czasem są to wyobrażenia o zastępach anielskich, czasem o naszych zmarłych bliskich, którzy z pewnością po nas przyjdą i będą na nas czekali, czasem wyobrażenie jakiegoś świętego. Jakiekolwiek by jednak nie było owo wyobrażenie, nie są aż tak bardzo zaskoczeni tym, co zobaczą po "drugiej stronie zasłony". Gorzej jednak jest z tymi, którzy żyjąc tu nie wierzą w Boga, Aniołów, moce nadprzyrodzone. Po śmierci są oni całkowicie zaskoczeni swoją nową egzystencją, nie potrafią się w niej odnaleźć, nie wiedzą w którą stronę pójść, co zrobić, chcieliby wrócić w znajome sobie otoczenie, ale tu nie są już zauważani. Takie właśnie dusze (podobnie jak dusze ludzi nagle zmarłych), błąkają się pośród nas nie mogąc odnaleźć samych siebie. Zapewne wielu z was zastanowi się gdzie wówczas jest ich Anioł Stróż, czy Bóg nie widzi jak bardzo te istoty cierpią i czy nie może im w jakiś sposób pomóc? Oczywiście, że widzi to zarówno Bóg jak i Aniołowie. Człowiek jednak po to ma wolną wolę, aby sam decydował o sobie i swoim tempie rozwoju. To tak jak dziecko, które ma problem ze zrozumieniem i przyswojeniem sobie pewnych treści wykładanych w szkole. Jeśli ktoś starszy odrobi za nie lekcję, dziecko nie nauczy się samodzielnie dawać sobie rady z problemami. Jeśli jednak dziecko zechce, przyjdzie do nas i poprosi o wytłumaczenie, a my postaramy się naprowadzić je na rozwiązanie problemu, wówczas wiedza zdobyta przez nie w taki sposób, pozostanie w nim na zawsze. Podobnie jest z Aniołami - one, tak jak dobry rodzic - cierpliwie czekają na to, abyśmy zwrócili się do nich o pomoc i jeśli tylko to zrobimy, natychmiast wyciągną do nas swoje skrzydła i przeprowadzą nawet przez najciemniejsze zakamarki. Cóż jednak zrobić z naszym zmarłym, który nie wierzył, nie ma pojęcia, że wystarczy poprosić i ma wrażenie, że będzie się tak błąkał w nieskończoność, że nie ma dla niego już żadnego ratunku? Osoby głęboko wierzące mogą się modlić w jego imieniu do Boga i Aniołów, a ta modlitwa z pewnością zostanie wysłuchana. Nie znaczy to, że tym samym Aniołowie pogwałcą świętą wolną wolę człowieka! Nasze modlitwy spowodują, że błąkająca się dusza "wpadnie na pomysł", iż niemożliwe jest, aby to jej cierpienie miało trwać wiecznie, zacznie się zastanawiać jak i od kogo może oczekiwać pomocy, do kogo się zwrócić, aby zrozumieć co się dzieje i jak może to zakończyć. Wówczas zrobi pierwszy, bardzo ważny krok, za którym pójdą już następne.

        Innym sposobem niesienia pomocy istotom zabłąkanym jest zapalenie świecy w ich intencji. Osoby po II stopniu Reiki mogą zastosować odpowiednią kombinację symboli, która ukierunkuje światło świecy na konkretną osobę. Jeśli jednak ktoś z was nie ma inicjacji Reiki, nie znaczy to, że nie może pomóc! Wystarczy, jeśli weźmie do swoich dłoni białą świecę, skoncentruje się na osobie/duszy, której chce pomóc, poprosi Boga i Aniołów o pomoc, opiekę i wskazanie drogi. Można się również pomodlić w intencji tej osoby, po czym zapalić świecę w takim miejscu ( i o takiej porze), aby mogła się swobodnie wypalić do końca - bardzo ważne jest, aby nie gasić jej wcześniej! Płomień palącej się świecy zadziała, jej światło stanie się światełkiem nadziei dla tego, który zwątpił, któremu jest jej brak. To trochę tak, jakbyśmy podali cierpiącemu naszą dłoń, wskazali kierunek, w którym powinien podążać. Wprawdzie dusza ta i tak będzie musiała samodzielnie przejść przez wszystkie etapy uświadamiania i samorealizacji, ale z naszą pomocą będzie jej o wiele raźniej. W podobny sposób możemy palić świece w intencji osób cierpiących i umierających. Ważne jest jednak, aby nie ukierunkowywać energii świecy, nie prosić o konkretne rozwiązanie, ale jedynie o ulgę w cierpieniu, pomoc w zrozumieniu tego, co i dlaczego się dzieje, prosić o jak najłagodniejsze przerobienie lekcji, której właśnie dana osoba doświadcza.

        Nie mam 100% pewności jak działa taka właśnie energia świec, wiem jednak, że dusze, które przychodziły do mnie, energie, które krążyły wokół mnie po śmierci blisko związanych emocjonalnie ze mną ludzi, odchodziły po wypaleniu się świecy, znikała ciężka i przygnębiająca atmosfera, a ja doznawałam wewnętrznej ulgi. Nawet, jeśli jest to tylko i wyłącznie działanie podświadomości, warto pomodlić się, lub zapalić świecę za taką osobę. Jeśli jej to nie pomoże, pomoże z pewnością nam.

Kahna
14.06.2002